Początek

Jak Staś miał kilka miesięcy:

Mam dwójkę cudownych dzieciaczków – jakże wyczekiwanych, wyproszonych… nie chcę pisać tylko o Stasiu, bo Majeczka jest równie ważna dla mnie…

Pierwsze maleństwo straciłam w 10 tygodniu – nie wiem czy to był syn, czy córeczka, nie znam przyczyny, w sumie nic nie wiem, poza tym, że TO przyszło w dzień dziecka – sześć lat temu…. Od tego czasu, każdy 1 czerwca był dla mnie dniem wspomnień, żalu i wielu pytań zaczynających się od „Dlaczego…?”.

No i odpowiedź lekarzy – „Wyniki nic nie stwierdziły, ot średnia statystyczna…” – te słowa bolały bardzo, bardziej niż stwierdzenie mojego Ojca – „To przez to, że jesteś taka gruba…” A więc jednak moja wina!!!

Eh… a w lipcu był nasz ślub – piękny, mimo bólu, łez po stracie fasolki…

Od razu zaczęliśmy starać się o kolejne dziecko, i tak jak pisałam, wyproszone, wymodlone… 3 lata minęły i nic… Postanowiłam iść na pielgrzymkę – no przecież nie zaszkodzi, a może rzeczywiście Bóg istnieje i da mi upragnione dziecko. Przygotowania poszły pełną parą, kupiłam namiot, śpiwór, butlę gazową… i test ciążowy, bo @ się spóźniała…. Ale przecież tyle testów poszło do kosza… pewnie ten też podzieli ich los.

To był piątek, czekałam na męża, aż zrobię test, ot tak by mieć te jego silne ramiona, jak będę płakać, a tu zaskoczenie… dwie kreseczki – siedziałam zamurowana w łazience przez jakieś pół godziny… Radość niesamowita, wysłałam ślubnego po kolejne testy, by mieć pewność 🙂 a po 9 miesiącach (no 8.) na świat przyszła Majeczka – cudowna, zdrowa, ukochana córeczka.

Od razu zaczęłam planować kolejną ciążę, tym razem będzie syn. Udało się równo po roku – w maju test wyszedł pozytywny – i znów ta wielka radość.

Ciąża przebiegała wzorowo, a więc 4 miesiące mdłości, ale nic po za tym. Co wizytę miałam robione usg, dziecko zdrowe, a ja się dopytywałam o płeć – tak będzie SYN! ale najważniejsze by był zdrowy – to słowa lekarza, a ja myślałam tylko o tym, jaki dumny będzie mój mąż i teściu. Przez myśl mi nie przeszło, że synkowi coś będzie…

ehh teraz jak o tym myślę… to aż jestem na siebie zła…

Staś urodził się po 15 godzinnym wywoływaniu – był już 7 dni po terminie. O 6.40 po dość bezbolesnym plum usłyszałam krzyk synka, ale lekarz mi go nie pokazał, tylko zaniósł do pielęgniarek – pomyślałam, że to dlatego, że naraz zaczęły się 3 porody, a ja rodziłam na kozetce (bo mi się nie śpieszyło i zeszłam z łóżka porodowego, by ustąpić miejsca innej dziewczynie)…

Pytam się doktora – i co w końcu urodziłam (to był mój ginekolog – akurat miał dyżur), a on na to – hmm „Nawet nie zauważyłem…” i zaczęliśmy się śmiać. Bo w sumie jak on wywoływał u mnie akcje porodową, to przyjął 9 porodów, wszystkie dziewczyny wrzeszczały, a ja starałam się je rozśmieszać – ot taką mam naturę… ale nie o tym miałam pisać… No więc, śmiejemy się, słyszę obok jak się mój syn drze… podchodzi pielęgniarka, mówi że wszystko dobrze – 10 pkt. apgar… ufff

Czyli wszystko dobrze poszło 🙂 jestem szczęśliwa, wysyłam smsy do męża – on do całej rodziny – no i wszyscy już wiedzą – syn, 3600, 50 cm i 10 pkt. Czego chcieć więcej.

Po 2 godzinach, przewieziono mnie do sali, po kolejnych dwóch zaczęłam się niepokoić – no gdzie jest mój SYN!!! Przyszła położna – powiedziała bym się wykąpała, bo zaraz przyjdzie p. doktor. A, to pewnie będzie obchód … no i mija kolejna godzina – a ja nerwy już miałam w strzępach … może coś nie tak? Weszła pani doktor… mówi delikatnie, bym usiadła, pyta się jak przebiegała ciąża, czy nie chorowałam…? Mówię, że nie, a ona na to, bo syn ma jakiś wirus, jeszcze nie wiedzą co to, no i jest podejrzenie o Zespół Downa, ale w małym stopniu więc może zaniknąć, mogą się mylić… STOP, Zaraz, zaraz, jaki wirus, co ona do mnie mówi? No, to kiedy mogę zobaczyć syna? Chcę go nakarmić, przytulić. Pani doktor, ze zrozumieniem mówi, że tylko zrobimy badania i już. Później pytała co wiem o ZD, a ja „NIC” i by mi powiedziała o tej bakterii, ZD zajmiemy się później… Była w szoku.

Przywieźli mi Stasia po jakiejś godzinie, był taki biedny, oczy miał.., a właściwie nie miał, bo był opuchnięty. Ale ślicznie się przyssał i pięknie jadł – POKOCHAŁAM GO OD RAZU – tylko zaniepokoiłam się tym, że tak dziwnie się trząsł… Zawołałam lekarza, kolejna diagnoza – może mieć zapalenie płuc, zabrali mi go i umieścili w inkubatorze…

Wysłałam SMS do męża:
– przyjedź sam, musimy pogadać.
– pogadać? o czym?
– o Stasiu…. 🙁
– mów. Bo mam dziwne myśli..
– mówią, że on ma zespół downa….
– ?? zaraz będę

i przyjechał, przytulił i powiedział, że tak po prostu miało być … i żadnych pytań, żadnego wahania, ani pytań „Dlaczego..”. Ogarnęło nas dziwne zrozumienie i stwierdzenie, że kto go by pokochał bardziej niż my? Staś urodził się w dobrej rodzinie

Na drugi dzień zdiagnozowano, że to na pewno zapalenie płuc i Staś zostanie przewieziony do Sokołowa – 100 km od nas – A jak pani chce, to może Pani przyjechać – tam jest możliwość wynajęcia sali… nie musi Pani się śpieszyć… Pojechałam za karetką, a serce mi biło z przerażenia, że moje dziecko jedzie z obcymi ludźmi autem…

W Sokołowie byliśmy 10 dni, zbadali Stasia kompleksowo – usg główki, echo serduszka, usg brzuszka … wszystko ok, głuche tony w serduszku – skierowanie do CZD na echo (wizyta po 2mc) – wyszło super – kontrola za rok. A także skierowanie do poradni genetycznej, też za 2 miesiące i kolejny miesiąc czekania na wyniki…

Przez 3 miesiące mieliśmy nadzieje, że Staś jednak ZD nie ma – a to wszystko przez lekarzy, wszyscy mówili, że oni nic nie widzą poza skośnymi oczkami…

Przyszedł wynik i poczułam ulgę, bo już wiem na czym stoję, należy się pogodzić. Ale jak już pisałam w innym wątku, bardziej bałam się zapalenia płuc – bo o ZD mi lekarze w Sokołowie mówili, trafiłam też na Zakątek21, ale o zapaleniu płuc nie chcieli mówić, a więc nie wiedziałam ile będziemy w szpitalu, co może być ze Stasiem, no i tęskniłam okrutnie za Majeczką, pierwszy raz zostawiłam ją sam na sam z ojcem i dziadkami…

Byłam pełna obaw, że sobie nie poradzę, tyle wizyt u lekarzy nas czeka, jakieś rehabilitacje… Jejka przecież z Majką chodziłam tylko na szczepienia, a tu mówią o kardiologu, neurologu itp….

Dziś Staś skończył 4 miesiące, w poniedziałek pierwszy raz przekręcił się z plecków na brzuszek, od dwóch miesięcy guga jak szalony, a od 3 świadomie się uśmiecha – początkowo tylko na mój widok, teraz do każdego, kto uśmiechnie się do niego 🙂

Od wczoraj je deserki – marchewka z jabłkiem – i od razu zaczęło się od krzyku – zjadł cały słoik i było mu mało, wiem wiem powinna być łyżeczka, ale tak się darł hihi – i nie chciał cycola…

Część rzeczy robi wcześniej od Majki, inne później, a jeszcze inne inaczej… od 3 miesiąca chodzimy na rehabilitacje 2 razy w tygodniu i Staś póki co, jest prze-szczęśliwy – jakoś lubi, jak go pani gimnastykuje….

Jest oczkiem w głowie całej mojej rodziny, owszem niektórzy zadają pytania, inni wiedzą że to nie jest niczyja wina. Inni mówią, że co jak co, ale Bóg wiedział komu wysłać „to wiecznie, uśmiechnięte dziecko” … bo tu będzie bardzo kochane…